O kulce mocy, skanerze i tym, że złość potrzebuje nazwy.
Po poprzednim felietonie dostałam mnóstwo pytań. Dwa tematy wracały najczęściej: co to jest „wkurwijek” i skąd te rodzaje rozmów.
Zacznę od wkurwijka.
Każde z naszych dzieci – mówię o autystach, ale myślę, że nie tylko – ma w środku taki mechanizm. Taki, który powoduje, że zaczynają się mocno nakręcać. Kręcą się, kręcą, kręcą. Robi się taka kulka mocy. I ta kulka mocy – im jest większa, tym trudniej ją zatrzymać. A ta moc, jak się rozkręci, może być destrukcyjna.
Kulka mocy, gdy jest mała, jest informacją. Że zaczyna się coś dziać w środku. Że coś się uruchamia. Że warto się zatrzymać i zapytać – siebie albo dziecko – czego ten wkurwijek potrzebuje, żeby poszedł spać.
Możesz to czuć jako ucisk w głowie. Albo ucisk w brzuchu. Albo jako takie ogólne rozdrażnienie, które jeszcze nie ma nazwy. I właśnie wtedy – gdy to się zaczyna – trzeba włączyć skaner. Taki jak robot. I przeskanować siebie.
Czy potrzebujesz się napić? Czy potrzebujesz coś zjeść? Czy potrzebujesz wyjść? Czy potrzebujesz ciszy? Czy potrzebujesz poskakać? Czy potrzebujesz się turlać? Czy potrzebujesz pooddychać?
Bo tylko ty wiesz, czego tak naprawdę potrzebuje wkurwijek. Ergo – czego ty potrzebujesz.
Narzędzia do regulacji – bo tak się to fachowo nazywa – warto ćwiczyć w domu. Wiem, że brzmi to jak kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia, która i tak jest już za długa. Ale to naprawdę działa. Tylko trzeba się uzbroić w cierpliwość, bo Asy nie zawsze chcą współpracować. Uczą się mechanicznie. Więc najpierw to my musimy im pokazywać – nieraz kilkanaście razy, nieraz głosem spokojnym, gdy wcale spokojni nie jesteśmy.
Widzę, że kulka mocy się powiększa. W związku z tym czas, żebyśmy poskakali.
Albo: widzę, że kulka mocy rośnie. Idź się pohuśtać.
Albo: synku, zapraszam cię serdecznie na dwór. Bo to jest dla ciebie teraz najlepsze rozwiązanie.
I zazwyczaj – nie zawsze, ale zazwyczaj – jak As wraca z zewnątrz, mówi: mamo, dobrze mi to zrobiło. Dziękuję, że mi to podpowiedziałaś.
Czasem trzeba ich zmuszać. Bo sami nie mają naturalnej tendencji, żeby się regulować. Ale można ich tego nauczyć. Ja tego uczę w domu. I to działa – powoli, nierówno, z upadkami – ale działa.
Ale wracając do głównego bohatera.
As gra w swoim zespole – w Zespole Aspergera. A w tym zespole mieszczą się różne postaci. I ta kulka mocy potrzebowała swojej nazwy – bo bez nazwy trudno ją zapamiętać, trudno ją rozpoznać, trudno się z nią dogadać.
Tę kulkę mocy nazwaliśmy sobie Wkurwijkiem.
Tę nazwę zaproponowałam ja. As przyjął ją z entuzjazmem, który szczerze mówiąc mnie trochę zaskoczył. Ale tak się As-owi spodobała, że z nami została. I teraz możemy mówić o nim wprost – bez ogródek, bez eufemizmów, bez owijania w bawełnę.
Wkurwijek jak się nakręci i jak jest duży – to As zaczyna przeklinać, zaczyna rzucać i generalnie zmienia się w niszczyciela.
Możecie się oburzać, że to nazwa wulgarna. Tak, jest. Ale wiecie co – ja też czasem przeklinam. Jestem mamą, która samodzielnie wychowuje dziecko ze specjalnymi potrzebami. Jestem tylko człowiekiem. Mam swoje limity.
Dbam o to, żeby mój własny wkurwiek się nie nakręcał. Ja akurat nazywam go Grażynką – bo każdy potrzebuje jakiejś nazwy dla tego, co w nim siedzi. Żeby mieć równowagę, ja też potrzebuję swoich sposobów. I pierwszym z nich jest właśnie to, żeby dziecko załapało, że ma taką kulkę mocy w środku. Że ona jest potrzebna – bo daje znak, co się dzieje. Ale że jak jest zbyt duża, niesie zniszczenie. Działa jak bomba atomowa.
Jak nazwiecie ją w sposób, który będzie dla dziecka ciekawy i skojarzony z tym konkretnym zjawiskiem – będzie mu znacznie łatwiej. Bo wkurwijek jak się nakręca, to ja muszę o niego zadbać. Albo go nakarmić, albo napoić, albo dać mu się wyskakać.
Takie zwierzątko, które mamy w środku. Nie wróg. Sygnał.
I dzięki temu pojawia się też trochę zdrowej dysocjacji – bo nie mówię o sobie, tylko o tym, co mam w środku. To nie ja jestem problemem. To wkurwijek daje mi znać, że czegoś potrzebuję. To subtelna, ale bardzo ważna różnica.
I autentycznie – ja też, jako osoba neuroatypowa, wiem o czym mówię. Mam ADHD. Ale to już jest zupełnie inna historia.
Jeżeli tak podamy to dziecku, jest mu łatwiej zrozumieć i ustawić logiczny schemat.
Aha – pojawia się wkurwijek. Dobrze. Skanuję ciało. Czego potrzebuję? Jeśli wiem – proszę o to. Albo sam sobie to biorę.
To oczywiście brzmi prosto. Ale nie jest łatwe. Dochodzą inne czynniki – środowiskowe, szkolne, relacyjne. I z dzieckiem trzeba to ćwiczyć codziennie. Najlepiej i w szkole, i w domu. Żeby nauczyło się rozpoznawać wkurwijka. Nie traktować go jako wroga, tylko jako sygnał. Skanować ciało. Wiedzieć, jak może się wyregulować. I – co jest najtrudniejsze – prosić o pomoc w wyregulowaniu.
Bo to też jest umiejętność. Powiedzieć: potrzebuję teraz wyjść. Potrzebuję przerwy. Mój wkurwijek rośnie. To nie jest słabość. To jest dokładnie to, czego uczymy.
I najważniejsze: jeżeli dziecko się wyregulowało – albo chociaż próbowało – powinno dostać wzmocnienie pozytywne. Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. I każdy pierwszy krok zasługuje na uznanie.
Nie oczekujcie magicznej zmiany. Doceniajcie każdy progres – nawet najmniejszy. Dziecko wychodzące z kryzysu nie wyskoczy nagle i nie zacznie zachowywać się inaczej. Będzie się wdrapywało bardzo powoli po drabinie. I będzie spadać – niejeden raz i nie dwa. I to jest okej.
To jest właśnie nauka.
Co mi w tym pomogło – a co nie
Nie pomogło mi ignorowanie małych sygnałów. Przez długi czas reagowałam dopiero na wybuch – bo małe sygnały były subtelne i łatwo je było zrzucić na karb złego humoru albo zmęczenia. Kiedy zaczęłam widzieć wkurwijka zanim urósł, wszystko się zmieniło. Nie zawsze zdążam. Ale teraz przynajmniej wiem, czego szukać.
Nie pomogło mi też mówienie: weź się w garść, uspokój się. To jest prośba skierowana do kogoś, kto już nie ma dostępu do uspokajania się. To tak, jakby powiedzieć komuś z gorączką: przestań mieć gorączkę. Nie działa. Eskaluje.
Pomogło mi nazwanie. Naprawdę. Kiedy wkurwijek dostał imię – stał się czymś zewnętrznym. Czymś, o czym można mówić. Czymś, z czym można się jakoś dogadać. Zamiast: ty jesteś problem – mamy: wkurwijek rośnie, co z tym robimy.
Pomogło mi też pytanie zamiast mówienia. Zamiast: idź poskakać – pytam: czego teraz potrzebujesz? Nie zawsze As wie. Ale samo pytanie spowalnia nakręcanie. Zatrzymuje. Uruchamia skaner.
I jedno, czego nauczyłam się na własnej skórze: wkurwijek mojego dziecka rośnie szybciej, kiedy moja Grażynka jest już w pełnej formie. Nasze stany się nakręcają nawzajem. Dlatego moja regulacja – moje wyjście, mój oddech, moja herbata w ciszy – jest częścią pracy z Asem. Nie luksusem. Narzędziem.