Seria: Moje życie z As-em · Artykuł 7. Dom jako oaza.

O tym, czego się wstydziłam, czego nie zauważyłam i dlaczego miłość nie może zależeć od tego, co zrobił


Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, jaka jest rola domu w pracy z dzieckiem z zespołem Aspergera. Jaka jest moja rola jako mamy. A w zasadzie – jaka jest moja rola w jego życiu w ogóle.

Jestem dzieckiem lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wychowywałam się w duchu, w którym dzieci i ryby głosu nie mają. Wychowywałam się też z przemocą – i ja osobiście uważam, że każdy rodzaj przemocy to przemoc. Zarówno fizyczna, jak i klaps. Klaps pokazuje wyższość jednej osoby nad drugą. I ciekawa jest taka perspektywa: skoro klaps nie jest przemocą, to czemu nie dajemy dzieciom się nawzajem bić? Albo klepać nauczycieli po twarzy? Albo rodziców? Pomyślmy o tym przez chwilę.

Ale nie o tym będzie dzisiaj.

Wychowując się w takim domu, bardzo mi zależało, żeby moje dzieci wychowywane były inaczej. Wydawało mi się, że jeśli nie będę ich biła i będę wobec nich otwarta, będę szanować ich zdanie – przemoc nie wkradnie się do naszego domu.

A tymczasem ta przemoc weszła. Za moim pośrednictwem. W sposób, którego przez długi czas nie zauważałam.


Weszła razem z przedszkolem.

Kiedy As chodził do przedszkola, mieli tam system nagród i kar. Mrówka oznaczała bardzo złe zachowanie. Gwiazdka – bardzo dobre. I jak się możecie spodziewać, mój As zbierał mrówki.

Za każdym razem, gdy rozmawiałam z wychowawczynią, słyszałam: no, robi rzeczy po swojemu. Był dużym indywidualistą. I bardzo długo – tak w żłobku, jak i w przedszkolu – było tak, że As jako tako zachowywał się przez cały dzień. A potem przekraczaliśmy próg domu i rzucał się na ziemię. I zaczynał płakać. I być.

Pamiętam ten kryzys. Bo ja po prostu nie poznawałam swojego dziecka. Ten sam człowiek, który przez cały dzień trzymał się w ryzach – wchodził do domu i rozpadał się na kawałki. I ja nie wiedziałam, co z tym zrobić. Nie wiedziałam nawet, jak to nazwać.

Dopiero teraz, z perspektywy czasu, rozumiem, że on się dekompresował. Że całe napięcie, które zbierał przez cały dzień – każdy bodziec, każde niezrozumiane polecenie, każdy za głośny dźwięk, każda za szybka zmiana – wyładowywał właśnie wtedy. W jedynym miejscu, w którym mógł. W domu. Przez płacz wyrzucał swoją kulkę mocy. Wyrzucał wkurwijka. W jedyny sposób, jaki wtedy znał.

Ale ja tego wtedy nie wiedziałam.


Za każdym razem, gdy słyszałam, że As albo kogoś uderzył, albo coś powiedział, albo się nie zachował – budziła się we mnie złość. Na niego. I wstyd. Że ja nie potrafię go wychować. Że skoro innym dzieciom się udaje, to znaczy, że coś robię źle.

I w związku z tym, kiedy pojawiały się takie incydenty, ja dodatkowo wzmacniałam ten przekaz. Karałam. Odbierałam przywileje. Prowadziłam rozmowę – starałam się wysłuchać jego strony, ale zaraz po powrocie z przedszkola mówiłam mu, że źle zrobił, że nie można tak.

Nie wiedziałam jeszcze, że ma Aspergera. Ale to mnie nie usprawiedliwia.

Wydawało mi się, że wychowanie polega właśnie na tym – żeby mu pokazać, jak powinien robić inaczej. Żeby go przekonać, przegadać, przemówić do jego sumienia. I to jest ta właśnie wpuszczana od kuchni przemoc. Próba uruchomienia cudzego sumienia przez groźby i prośby. A sumienie, to sumienie…ono decyduje samo i potrzebuje wolności.

Mimo że czytałam książki. Jak rozmawiać z dziećmi, jak słuchać żeby dzieci mówiły, język miłości, rodzeństwo bez rywalizacji. Mimo wszystko – ten proces nauki na tym dziecku trwał za długo. I szedł w złą stronę.

I pamiętam – nie wiem, kiedy to dokładnie było – ale był taki moment, w którym uświadomiłam sobie, że im bardziej naciskam, tym gorszy on jest. I że jeśli tak dalej pójdzie, to nie tylko nie będę miała satysfakcji z tego, że jestem mamą – ale stracę kontakt ze swoim dzieckiem. Że jestem przemocowa.

To była jedna z tych myśli, które zatrzymują na środku pokoju i nie puszczają.


I chyba właśnie po którejś takiej akcji – po tym, jak mój syn powiedział mi, bo bardzo szybko zaczął się komunikować, w bardzo dorosły sposób – że dwóch chłopców z jego przedszkola podarło zaproszenia na urodziny innego dziecka, tylko dlatego, że nie zostali zaproszeni. I że znęcają się nad innymi dziećmi w toalecie.

A ja na tablicy z nagrodami widziałam u tych dzieci same gwiazdki.

I pomyślałam sobie: coś tu chyba nie gra.

I zaczęłam patrzeć na moje dziecko w trochę inny sposób. Nie przez pryzmat tego, ile mrówek zebrał. Przez pryzmat tego, kim jest.

Zdałam sobie sprawę – i bardzo się cieszę, że mi wtedy kliknęło – że dom, do którego przychodzi moje dziecko, powinien być oazą. Bezpiecznym miejscem, z którego czerpiemy siłę do podróży, do życia. Miejscem, w którym on może być sobą. Bez przepraszania. Bez udawania. Bez tłumaczenia się z tego, jak działa jego układ nerwowy. Bez przemocy.


Od tej pory moje podejście się zmieniło.

Nie jest łatwe. Ale jest dosyć proste.

Polega na tym, że tak samo jak ja – tak samo moje dzieci mają pełne prawo do tego, żeby czuć to, co czują, myśleć to, co myślą i mówić to, co mówią. W naszym domu. I to, co mówią, co myślą i co czują – spotyka się z otwartością i ciekawością. Nie z oceną. Nie z karą. Z pytaniem: a co się stało? I jak ty się z tym czujesz?

Co to znaczy w praktyce?

Ostatnio mieliśmy dosyć trudną sytuację, którą mogę się tu podzielić. Mój As uderzył kolegę na wózku. To jest klasa integracyjna, więc są różne dzieci. I ten kolega spadł z wózka.

W takiej rzeczywistości można powiedzieć: no, znęca się nad kimś słabszym od siebie.

Ale ja spojrzałam inaczej.

Przychodzę do domu. As już jest.

– Jak ci minął dzień, synu?

– Mamo – mówi. – Muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego. Bardzo źle się czuję.

– Co się stało?

Chociaż wiem. Uwagę już dostałam.

– Kolega najechał na mnie na wózku. Myślałem, że zrobił to specjalnie. Popchnąłem go, uderzyłem, upadł. Zrobiło mi się bardzo głupio. Podniosłem go i posadziłem z powrotem na wózek.

– Okej – mówię. – Czy koledze nic się nie stało?

– Chyba nic.

– Czy myślisz, że zrobił to specjalnie?

– Teraz jak na to patrzę – nie. Wiem, że nie zrobił specjalnie. Ale nie umiałem się powstrzymać. Zareagowałem.

– Okej. I jak się z tym teraz czujesz?

– Bardzo źle, mamo. Mam ogromne wyrzuty sumienia. Jest mi bardzo głupio.

– Rozumiem, synu. To rzeczywiście trudne, szczególnie że wiem, jak bardzo się lubicie. Jak myślisz, czy kolega ma do ciebie pretensje?

– Chyba już nie. Bo o tym przegadaliśmy.

– Okej. A jak z twoimi uczuciami? Jak ty się teraz czujesz?

– Czuję wstyd. Czuję zażenowanie. Czuję, że nie powinienem – szczególnie że go bardzo lubię.

– To bardzo mądre, co mówisz. To są bardzo ważne przemyślenia i pokazują, jakie tak naprawdę masz podejście do tej sytuacji.

– Dzięki, mamo – mówi As. – Że mogłem to z siebie zrzucić i ci powiedzieć.

I wtedy mówię do niego coś, co może brzmieć kulawo. Ale mówię.

– Wiesz co? Z jednej strony cieszę się, że jesteś na tyle tolerancyjny, że nie wybierasz, kogo atakujesz. Czy to jest osoba pełnosprawna, czy niepełnosprawna.

I oboje zaczęliśmy się śmiać.


Możecie sobie pomyśleć, że to obrazoburcze.

Ale w tej historii najważniejsze jest dla mnie to, że mój syn znalazł u mnie zrozumienie. I przyjęcie. Nie ocenę. Nie karę. Nie wykład o tym, jak powinien.

On dobrze wiedział, że zrobił źle. Ja nie jestem jego sumieniem. Nie mogę być. On potrzebuje własnego sumienia – po to, żeby wiedzieć, co jest dobre, co złe, i żeby to wiedzieć niezależnie od tego, czy ja stoję obok. I on wiedział. Dopiero po fakcie, bo reakcja była szybsza niż myślenie. Bo wkurwijek zadziałał. I moim zadaniem było porozmawiać z nim o tym, co zrobić następnym razem.

Rozmawialiśmy o technice. Że może liczyć – pięć, cztery, trzy, dwa, jeden. Że może mówić sobie w myślach: stop. Że może włączyć skaner, zanim wkurwijek urośnie za duży.

Czy to zastosuje – wymaga wielu powtórzeń. Wielu wpadek. Wielu rozmów takich jak ta. Ale to, że przyjdzie do mnie następnym razem i też mi opowie, co się wydarzyło – to my mamy już wyćwiczone. I to jest, jak się okazało, najważniejszy fundament.

Bo za każdym razem, kiedy As dostaje uwagę, za każdym razem kiedy robi coś, co w oczach innych ludzi czyni z niego złe dziecko, niegrzeczne dziecko, dziecko zagrażające innym – dla mnie to jest dokładnie to samo dziecko.

I on to słyszy.

Czy zrobi dobrze, czy źle – kocham go dokładnie tak samo.

Moja miłość do niego nie może zależeć od tego, co zrobił. Nie dlatego, że jestem jakąś wyjątkową mamą bez emocji i bez zmęczenia. Dlatego, że jeśli moja miłość zależy od jego zachowania – on to czuje. I zaczyna się bać. I zaczyna maskować. I zaczyna wracać do domu i rozpadać się na progu.

On powinien wiedzieć – i on wie – że cokolwiek zrobi, będę go kochała. Więc przychodzi do tego domu jak do oazy. Tu się karmi. Tu ma bezpieczne miejsce. Tu, w warunkach pełnej akceptacji, możemy porozmawiać o tym, że ja też nie wszystkich lubię. Że ja też czasem jestem niemiła dla ludzi. Że nie ma ludzi idealnych. Że z błędów wyciągamy naukę – i że błąd nie jest końcem świata. Jest materiałem do pracy.


Jeżeli ja mu nie pokażę, że ma prawo do błędu – on wyjdzie z przekonaniem, które i tak gdzieś wewnętrznie świat próbuje mu wtłoczyć.

Że jest beznadziejny.

I myślę, że dużo rodziców dzieci autystycznych – szczególnie z Aspergerem – zna to zdanie. Jestem beznadziejny. Słyszą je od swoich dzieci. Albo widzą je w oczach. Bo wiele osób przez całe lata daje im poczucie, że powinni się zachowywać inaczej. Być inni.

On nie będzie inny.

Ja mogę go uczyć i rozwijać. Tak jak każdy z nas może się uczyć i rozwijać. Ale żeby się rozwijać – trzeba się czuć bezpiecznie. I dla tych wszystkich dzieciaków, które trochę odstają – a naprawdę to odstaje większość – najbardziej bezpiecznym miejscem powinien być dom.

I tam, nieważne co zrobią, pierwsze pytanie po „co się stało?” powinno być jedno:

Jak ty się z tym czujesz?

Bo to jest pytanie do sumienia. I większość dzieci jest dobra. I chce być dobra.

Pozwólmy im być takimi, jacy są. Żeby do tego dobra dochodzili – właśnie przez taką otwartość.


Co mi w tym pomogło – a co nie

Nie pomogło mi karanie zaraz po incydencie. Przez długi czas myślałam, że jeśli zareaguję natychmiast – szybko i stanowczo – to dziecko zrozumie i zapamięta. Tymczasem As wracał z przedszkola już na granicy wytrzymałości. Dokładanie kolejnego napięcia – rozmowy, kary, odebranego przywileju – było jak dolewanie wody do przepełnionej szklanki. Przelewało się. Zawsze. A przemoc to właśnie uderzanie w te najsłabsze miejsca.

Nie pomogło mi też skupianie się na tym, co zrobił – zamiast na tym, dlaczego to zrobił. Zachowanie jest komunikatem. I dopóki próbowałam zatrzymać komunikat, zamiast go odczytać – nic się nie zmieniało.

Pomogło mi pytanie: jak ty się z tym czujesz? To jedno pytanie otworzyło więcej rozmów niż wszystkie moje tłumaczenia razem wzięte. Bo As ma sumienie. Naprawdę ma. Tylko potrzebuje przestrzeni i bezpieczeństwa, żeby do niego dotrzeć. A do sumienia nie dociera się przez wstyd i karę. Dociera się przez zaufanie i wolność.

Pomogło mi też odpuszczenie wizerunku dobrej mamy. Przez długi czas bardzo dużo energii wkładałam w to, żeby przedszkole widziało, że reaguję. Że coś z tym robię. Że wychowuję. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że wychowuję na pokaz – a nie dla syna. To było trudne do przyznania. Ale ważne.

I jedno zdanie, które wróciło do mnie więcej razy niż cokolwiek innego:

Dom musi być miejscem, z którego dziecko czerpie siłę – nie miejscem, w którym ją traci.

Jeśli As wraca do domu i się tu rozpada – to znaczy, że tu jest bezpiecznie. Że tu może. I moim zadaniem jest dbać o to bezpieczeństwo. Nawet gdy jestem zmęczona. Nawet gdy mam dość. Nawet gdy sama potrzebuję oazy.

Bo wtedy wychodzę na balkon, siedzę chwilę w ciszy i myślę o Grażynce.

A potem wracam.