O skarpetach, powtarzaniu i tym, że elastyczność jest ważniejsza niż perfekcja
Kiedy As miał jakieś trzy lata, przez pół roku uczyłam go zakładać skarpetki.
Pół roku.
Codziennie. Rano. Przy okazji ubierania się do przedszkola, które jest akurat najtrudniejszą porą dnia, bo wszystko musi być szybko i w odpowiedniej kolejności i za oknem jest albo za jasno, albo za ciemno, i coś gdzieś piszczy, i ktoś coś powiedział nie tak.
I w tej najgorszej możliwej porze dnia, przez pół roku, zakładaliśmy skarpetki.
Nie dlatego, że As nie rozumiał jak to zrobić. Rozumiał. Dlatego, że skarpetka musiała siedzieć dokładnie tak, jak zaplanował i zostać założona dokładnie tak jak zaplanował. Do tego szew musiał być w konkretnym miejscu. Materiał nie mógł być za gruby ani za cienki. A jeśli cokolwiek było nie tak – zaczynaliśmy od początku.
Po pół roku As umiał zakładać skarpetki.
W domu.
W przedszkoli nadal był z tym problem, bo tam była inna podłoga i inne krzesło i inne światło i inne wszystko. I logika Asa mówiła: to jest zupełnie inna sytuacja, więc zasada nie obowiązuje.
I właśnie o tym chcę wam dzisiaj powiedzieć.
Karty motywacyjne.
Naklejki. Punkty. Systemy nagród. Tabelki z gwiazdkami.
Wiem, że to działa. Wiem, że dla wielu dzieci – i dla wielu rodziców – to jest ratunek. I jeśli macie tyle cierpliwości i konsekwencji, to zazdroszczę. Ja nie mam. Dlatego mówię wprost. U nas to nie działa. I powiem wam dlaczego.
As uczy się mechanicznie. To znaczy, że żeby nauczyć się czegoś nowego, musi to powtórzyć wiele razy w bardzo podobnych warunkach. I to jest piękne – bo jak już się nauczy, to wie. Naprawdę wie. Na zawsze.
Problem polega na tym, że warunki się zmieniają.
Dom to inne warunki niż szkoła. Szkoła to inne warunki niż podwórko. Podwórko to inne warunki niż dom babci. I dla Asa – jeśli nauczył się czegoś w domu, to wcale nie jest oczywiste, że to samo zadziała w szkole. Bo dla niego to jest inna sytuacja. Inna reguła. Inny kontekst.
I teraz wróćmy do kart motywacyjnych.
Karta motywacyjna uczy: jeśli zrobisz X, dostaniesz naklejkę. Jeśli zbierzesz dziesięć naklejek, dostaniesz nagrodę.
Dla dziecka neurotypowego to jest proste. Rozumie, że X to X – niezależnie od tego, gdzie i kiedy.
Dla Asa X w domu i X w szkole to mogą być dwie różne rzeczy. I naklejka, która miała motywować, zaczyna być źródłem frustracji. Bo zrobił X – ale w warunkach, które nie były dokładnie takie same jak warunki, w których się uczył. I czy to się liczy? I czy dostaje naklejkę? I jeśli nie dostaje, to dlaczego, skoro zrobił X?
I zamiast motywacji mamy spiralę niesprawiedliwości. A to już poziom wartości.
Więc co zamiast tego?
Powtarzanie. Ale mądre powtarzanie.
Nie powtarzanie w tych samych warunkach do perfekcji. Powtarzanie w różnych warunkach – celowo, świadomie, małymi krokami – żeby As uczył się, że ta sama umiejętność może być stosowana w różnych miejscach.
To się nazywa generalizacja. I to jest najtrudniejsza rzecz w pracy z dzieckiem autystycznym. I nikt mi o tym na początku nie powiedział.
Skarpetki w domu – okej. Teraz skarpetki u babci. Teraz skarpetki w szkole przy innym krześle. Teraz skarpetki, gdy jesteśmy spóźnieni i jest stres. Teraz skarpetki, gdy szew jest trochę inaczej.
Każdy z tych kroków to osobna lekcja. I każdy wymaga cierpliwości, której – będę szczera – nie zawsze mam.
Ale jest w tym coś ważnego, o czym chcę powiedzieć wprost.
Kiedy skupiamy się na tym, żeby dziecko robiło rzeczy perfekcyjnie w jednych warunkach – pogłębiamy jego sztywność. Dajemy mu sygnał: istnieje jeden właściwy sposób na robienie X. I wtedy X poza tymi warunkami staje się niemożliwe.
Kiedy uczymy elastyczności – że X może wyglądać trochę inaczej w różnych miejscach i to jest okej – dajemy mu coś znacznie cenniejszego. Dajemy mu narzędzie do życia w świecie, który jest nieprzewidywalny.
A świat jest nieprzewidywalny. Dla wszystkich. Dla Asa bardziej niż dla innych.
Więc moim zadaniem nie jest nauczyć go robić rzeczy perfekcyjnie. Moim zadaniem jest nauczyć go robić rzeczy wystarczająco dobrze w różnych okolicznościach.
I to jest zupełnie inne zadanie.
Teraz As zakłada skarpetki sam. W domu, w szkole, u babci, nawet gdy jest stres i spóźnienie. Nie zawsze idealnie. Szew czasem nie siedzi dokładnie tam gdzie powinien. Ale zakłada.
I ja patrzę na to i myślę sobie: pół roku. Pół roku skarpetek. I to się opłaciło.
Ale opłaciło się dlatego, że nie zatrzymałam się na domu. Że poszłam dalej – do szkoły, do babci, do trudnych warunków. Że nauczyłam elastyczności, nie perfekcji.
I dlatego właśnie nie używam kart motywacyjnych. Bo karta mówi: zrób tak jak ustaliłam. A ja chcę, żeby As nauczył się: zrób tak, jak w tej sytuacji jest najlepiej. Nawet jeśli jest trochę inaczej niż zwykle.
Co mi w tym pomogło – a co nie
Nie pomogło mi skupianie się na jednym środowisku. Kiedy As opanowywał coś w domu, byłam zadowolona i kończyłam ćwiczenie. A potem okazywało się, że w szkole nie działa. I zaczynałam od zera. To był błąd.
Pomogło mi celowe ćwiczenie w różnych warunkach. Brzmi prosto. Jest żmudne. Ale to jedyna droga do generalizacji.
Pomogło mi też odpuszczenie perfekcji. Nie wszystko musi być idealne. Musi być wystarczająco dobre. I to jest naprawdę trudna lekcja dla mnie – bo ja też mam swoje tendencje do perfekcjonizmu. Ale As mnie tego uczy. Codziennie.
I jedno zdanie, które powtarzam sobie, gdy kolejny raz ćwiczymy coś od początku w nowych warunkach: powtarzanie jest królową nauki. Tylko że królowa musi podróżować po całym królestwie. Nie siedzieć w jednym zamku.