O tym, że moje dziecko nie wiedziało, po co rozmawiamy – i co z tym zrobiłam
Po tej uwadze ze szkoły – tej o świetlówce i syrence – uświadomiłam sobie coś, co powinnam była wiedzieć znacznie wcześniej.
Mój As nie ma zielonego pojęcia, do czego służą rozmowy.
O ile rozmowy dotyczą dinozaurów, gier, Pokémonów, Harry’ego Pottera, smoków, kosmosu, historii, apokalipsy zombie i – najchętniej – tego, w jaki sposób możemy opanować świat – to możemy rozmawiać godzinami. Natomiast jeżeli temat nie jest dla Asa interesujący, to on słucha bardzo mechanicznie. Widać to po twarzy. Ma taki wyraz, który można opisać tylko jako uprzejma nieobecność.
Stara się. Naprawdę. Bo jest tak nauczony – żeby kulturalnie wysłuchać, co drugi człowiek ma do powiedzenia. Ale on nie słucha po to, żeby słuchać. Nie zadaje pytań po to, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Czeka na swoją kolej. Trochę jak ktoś, kto stoi w kolejce do kasy i cierpliwie czeka, aż będzie mógł położyć swoje zakupy na taśmie.
To jest charakterystyczne dla takich dzieciaków. Większość rodziców to wie. Niekoniecznie wiedzą to pozostali ludzie – więc jeśli teraz tego nie wiedzieliście, właśnie to przed wami odkrywam.
W momencie, kiedy uświadomiłam sobie, że moje dziecko nie wie, do czego służą rozmowy, zrobiłam to, co robię zawsze, gdy coś mnie zatrzyma i nie wiem, jak dalej.
Przygotowałam instrukcję.
Rodzaje rozmów, jakie będziemy prowadzić. Podzieliłam je na dwa typy: rekreacyjne i operacyjne.
Rekreacyjne to takie, które prowadzimy dla przyjemności. Po to, żeby się dowiedzieć więcej o sobie nawzajem. Podzielić się czymś. Powiedzieć, jak minął dzień. To rozmowy bez agendy, bez celu, bez oczekiwanego efektu. Po prostu – jesteśmy razem i rozmawiamy.
I właśnie dlatego od lat, gdy As wraca ze szkoły i się widzimy, pierwsza rzecz, którą robimy, to pytamy siebie nawzajem: jak ci minął dzień. Jak tam twój dzień. Przez kilka lat to ćwiczyłam – codziennie, konsekwentnie, bez skrótu. I teraz mój As za każdym razem, kiedy wsiada do samochodu albo widzimy się w domu, pyta: mamo, jak tam twój dzień.
To jest niesamowite. I dzięki temu, w trakcie takiej rozmowy, dowiaduję się, co się stało w szkole. Nie muszę czytać uwag – chociaż czytam, bo dostaję je na bieżąco. Mój syn za każdym razem, kiedy coś się dzieje, przychodzi i mi o tym mówi. Nie dlatego, że się boi, że się dowiem. Dlatego, że tak mamy wyćwiczone.
Powtarzanie jest królową nauki. I tu właśnie jest jej tron.
Ale wróćmy do tej instrukcji. Ona dotyczy rozmów operacyjnych i tych zrobiłam 3 rodzaje.
Umówiłam się z Asem na krótką rozmowę. Powiedziałam mu, że będzie trwała pięć minut i że będzie rozmową informacyjną – już na wstępie dając mu sygnał, że istnieje coś takiego jak rozmowa informacyjna. Że rozmowy mają typy. Że mają strukturę.
Usiedliśmy.
- Synu, czy wiesz, do czego służą rozmowy?
- Nie wiem – odpowiada standardowo.
- Okej. Rozmowy służą do kilku rzeczy. Po pierwsze, żeby budować relacje. Po drugie, żeby rozwiązywać problemy. Po trzecie, żeby przekazywać informacje. Mamy więc trzy rodzaje rozmów: takie, które budują relacje, takie, które rozwiązują problemy, i takie, które przekazują informacje. I my będziemy między sobą prowadzić właśnie takie rozmowy.
As słucha. Jestem prawie pewna, że to wchodzi. - Rozmowy, które budują relacje, zazwyczaj nie mają określonej struktury. To takie rozmowy, w których pytamy, jak ci minął dzień, jak się czujesz, co dobrego, czym się chcesz pochwalić. Rozmowy o pasjach, o tym, co cię cieszy, co irytuje – bardzo ogólne, różne tematy.
- Aha – mówi As.
- Rozmowy informacyjne to takie, w których przekazujesz krótką informację. Twoim zadaniem jako nadawcy jest przekazanie tej informacji. Zadaniem odbiorcy – jej przyjęcie. I takie rozmowy są zazwyczaj najkrótsze. U nas trwają maksymalnie pięć minut. Przychodzę do ciebie, mówię: to jest rozmowa informacyjna. Przekazuję ci informację – na przykład: chciałabym, żebyś wyniósł śmieci. A ty przyjmujesz tę informację, mówiąc: aha, dobra, za pięć minut. Początek, środek, koniec.
- Okej.
- Następne rozmowy to takie, które rozwiązują problemy. I tutaj mamy dwie opcje. Albo jest to rozmowa korygująca – gdzie ja przychodzę do ciebie i mówię ci, że wydarzyło się to i to, i moje oczekiwania są takie i takie. Przykład: uderzyłeś kolegę. Moim oczekiwaniem jest po pierwsze, że przeprosisz, bo chcesz z nim mieć relacje. Po drugie, że wymyślisz sposób, żeby już więcej tego kolegi nie uderzyć. Jeżeli nie wymyślisz sposobu – mówię ci, że oczekuję, że więcej to się nie wydarzy. A jeżeli będziesz miał ochotę uderzyć kolegę, to w zamian za to poskacz. Czy to jest dla ciebie jasne?
- Tak, to jest dla mnie jasne.
- I ostatni rodzaj rozmów to takie, w których chcemy razem rozwiązać problem, który towarzyszy nam od dłuższego czasu. Przykład: twoje kłótnie z siostrą. Jeżeli nie jesteście w stanie się dogadać, potrzebuję znaleźć rozwiązanie, dzięki któremu nie będziecie mnie w to angażować. Będziecie sami rozwiązywać swoje sprawy – ale tak, żeby w naszej rodzinie było więcej spokoju. Czy to jest dla ciebie jasne?
- Tak.
- Okej. Synu, to od tej pory robimy tak: wchodzę do ciebie do pokoju – oczywiście pukam wcześniej – i jeśli mam sprawę dotyczącą jednej z tych rozmów, to mówię, że to będzie rozmowa taka i taka, potrwa tyle i tyle, żebyś wiedział, jaka jest struktura, jaki jest sens i po co to robimy. Czy to jest dla ciebie okej?
- Tak, to jest okej, mamo. Możemy już skończyć?
- Tak. Pod warunkiem że podsumujesz mi krótko, na co się umawiamy.
Wiem, że to brzmi korporacyjnie. Wiem, że ktoś czytający to po raz pierwszy może pomyśleć: co to za rozmowa z własnym dzieckiem, że kończy się podsumowaniem ustaleń.
Ale w pracy z autystą struktura jest wszystkim. I ten ostatni element – powiedz mi, na co się umawiamy, co zapamiętujesz, co z tego wynosisz – jest ważny szczególnie dlatego, że to, co dziecko słyszy, i to, co my mówimy, to mogą być dwie zupełnie różne rzeczy. Sprawdzenie, co zostało – to nie jest brak zaufania. To jest upewnienie się, że rozmawialiśmy o tym samym.
As ma pamięć, która potrafi wchłonąć wszystko ze słuchu.
- Będziemy prowadzić różne rodzaje rozmów – mówi. – Rozmowy, które budują relacje. Rozmowy informacyjne. I rozmowy, które rozwiązują problemy.
- Na które nie możesz się już doczekać? – pytam z sarkastycznym uśmiechem.
- Mamo. Wyjdziesz z mojego pokoju? – odpowiada As zbyt zmęczony na żarty.
- Tak, synu. Dziękuję ci, że znalazłeś dla mnie czas. I dziękuję ci, że ze mną porozmawiałeś.
I to jest ostatnia rzecz, którą chciałabym, żebyście zapamiętali z tego felietonu.
Jeżeli chcecie nauczyć dzieci wdzięczności – sami potrzebujecie być wobec nich wdzięczni. Dziękować im za drobne rzeczy. Również za te, które wynikają z tego, że zgodzili się z wami pogadać. Że wpuścili was do pokoju. Że znaleźli dla was pięć minut.
Jeżeli ja mówię: synu, jestem ci bardzo wdzięczna, że znalazłeś dla mnie czas – to go uczę okazywania tego w drugą stronę. Uczę go, że czas drugiej osoby ma wartość. Że rozmowa to nie jest coś, co się komuś zabiera. To jest coś, co się sobie nawzajem daje.
I w sytuacjach, gdy ja słucham godzinnego wykładu na temat tego, czy Pokémony z jednej krainy są lepsze niż z drugiej – As, doskonale wiedząc, że ja tego nie rozumiem i nie ogarniam swoim małym umysłem, mówi do mnie: mamo, bardzo ci dziękuję, że mogłam się wygadać.
Takiej relacji szukajcie.
Moja nie jest idealna. Ale zbudowana jest na jednej zasadzie, którą będę tu powtarzać pewnie w każdym felietonie:
Autyzm jest logiczny. Początek, środek, koniec.
Im bardziej schematycznie będziecie pokazywać życie swoim dzieciom – tym łatwiej będzie im nie tylko to zrozumieć, ale też zastosować.
Następnym razem – o tym, jakim miejscem jest nasz dom. I jaką rolą jest bycie mamą Asa.
Co mi w tym pomogło – a co nie
Nie pomogło mi zakładanie, że As wie, po co rozmawiamy. Przez lata prowadziłam rozmowy, nie tłumacząc mu, czemu w ogóle rozmawiamy, co chcę osiągnąć, ile to potrwa i czego od niego oczekuję. Dla mnie to było oczywiste. Dla niego – nie. I to jest moja lekcja, nie jego wina.
Nie pomogło mi też wchodzenie w rozmowę bez zapowiedzi. Kiedy po prostu siadałam i zaczynałam mówić – As nie wiedział, czy to będzie minuta, czy godzina, czy coś miłego, czy korekta. Ten niepokój przed rozmową blokował go bardziej niż sama treść. Od kiedy mówię z góry: to będzie rozmowa informacyjna, potrwa pięć minut – jego ciało się rozluźnia. Wie, z czym ma do czynienia.
Pomogło mi też podsumowanie na koniec. Nie jako sprawdzian – jako sprawdzenie, czy rozmawialiśmy o tym samym. To, co dziecko wyciąga z rozmowy, potrafi być zupełnie inne od tego, co chciałam powiedzieć. I lepiej wiedzieć to od razu niż odkryć za tydzień.
I jedno, czego mnie nauczył As przez te wszystkie rozmowy o rozmowach: że wdzięczność jest językiem, którego trzeba się nauczyć. I że najlepiej uczy się przez przykład. Kiedy ja dziękuję jemu za pięć minut – on uczy się, że czas drugiej osoby ma wartość. I kiedyś – może nie dziś, może nie jutro – powie komuś dziękuję nie dlatego, że tak wypada. Tylko dlatego, że naprawdę to czuje.
Na to czekam.