Pierwsze tygodnie w szkole: „świetnie przystosowany” – i co to naprawdę znaczyło
Kiedy pierwszy raz rozmawiałam z wychowawczynią mojego Asa, powiedziała mi, że nie widziała jeszcze takiego autystyka.
Że taki mądry, że tak się potrafi zachować, że tak już dużo wie i rozumie.
Że świetnie go wyprowadziłam. Że jest bardzo dobrze przystosowany.
Stałam akurat przy schodach i miałam schodzić z As-em do szatni, żeby pilnować, aby się nie zawieszał przy wkładaniu butów…bo mi się nieco spieszyło, a zawiechy As-a wydłużały proces o jakieś 300%.
Uśmiechnęłam się bardzo, bo takie słowa są dla mnie ogromnie ważne. Chyba dla każdego rodzica…bo chcemy czuć się dumni z naszego dzieła….a jednocześnie w tym samym momencie czułam, jak gdzieś w środku coś się we mnie napręża. I już nie z dumy. Z niepokoju.
Bo ja już wiedziałam, że to nie jest prawda.
Znałam swojego syna. Wiedziałam, że te pierwsze tygodnie to będzie spektakl jednego aktora. Że As będzie się sprzedawał – badał teren, sprawdzał zasady, przyglądał się ludziom jak entomolog owadom pod szkłem. Że będzie cicho, grzecznie, przewidywalnie. Że będzie zbierał dane.
I że dopiero kiedy poczuje się bezpiecznie – pokaże, kim naprawdę jest i co potrafi.
A kim naprawdę jest, to sprawa złożona. Bo mój As bywa cudowny i bywa trudny, i bywa jedno i drugie w tej samej godzinie. Bywa błyskotliwy i zaangażowany, i bywa roztrzaskany – krzyczący, agresywny, płaczący z powodów, które dla postronnego obserwatora wyglądają jak żaden powód. Bywa kimś, kto zapamiętuje szczegóły, które umykają wszystkim innym, i kimś, kto kompletnie nie radzi sobie z tym, że ktoś mu nie chce pożyczyć długopisu.
To wszystko jest As. Nie tylko ta pierwsza, reprezentacyjna wersja.
Ale w polskiej szkole, w klasie integracyjnej, ta druga wersja ma już swoją nazwę. Trudne dziecko. I ta etykieta szybko przylega i niestety trudną ją odlepić.
Myślałam o tym przez długi czas – o tym, czemu tak jest. I doszłam do wniosku, który nie jest szczególnie odkrywczy, ale który zmienił mój sposób myślenia o szkole.
Maskowanie.
To słowo, które w świecie autyzmu robi coraz większą karierę i które przez długi czas było mi obce, choć opisywało coś, co widziałam każdego dnia. Mój As wracał ze szkoły wyczerpany. Nie zmęczony – wyczerpany. Jakby ktoś wyciągnął z niego wtyczkę. Zdejmował buty, rzucał kurtkę i szedł do pokoju. A tam leżał bez ruchu na łóżku. Albo wchodził do domu i natychmiast wybuchał – o nic, o coś małego, o to, że ktoś coś wziął z jego pokoju albo za głośno śpiewał.
Długo nie rozumiałam, że to nie jest „wybuch po nic”. To był rachunek za cały dzień.
Bo w szkole As grał. Grał grzecznego ucznia, grał kolegę, który rozumie żarty, grał kogoś, kto wie, kiedy się śmiać i kiedy milczeć. Grał kogoś, kogo oczekiwała szkoła. I ten spektakl kosztował go więcej, niż ktokolwiek poza nami mógł zobaczyć.
Wychowawczyni widziała świetnie przystosowanego ucznia.
Ja widziałam dziecko, które wraca do domu i pada bez życia albo całym brudem, który zbierało w trakcie dnia rzuca w najbliższych.
Nie mówię tego, żeby kogokolwiek obwiniać. Naprawdę nie. Nauczyciele widzą to, co widzą – a przez pierwsze tygodnie widzą to, co dziecko im pokazuje. I ta wychowawczyni miała dobre intencje. Komplementowała mnie, bo chciała mi sprawić radość. Bo myślała, że to mnie ucieszy.
I cieszyło…ale nie było do końca prawdą.
Bo za tym komplementem stoi niebezpieczne założenie: że jeśli dziecko wygląda dobrze, to jest dobrze. Że spokój na zewnątrz równa się spokój w środku. Że adaptacja oznacza brak problemu.
A w spektrum autyzmu te równania bardzo często nie działają.
„Na szczęście” już tydzień po tym pierwszym spotkaniu wychowawczyni zaczęła widzieć prawdziwe kolory As-a. Widziała zmiany zachowania, gdy jest spokojny, a nagle zaczyna się wiercić. Gdy zaczyna się czepiać zasad albo powtarzać te same pytania. Albo zaczyna krzyczeć i mówić, że „wszystko jest głupie”. Bo to są sygnały, że się zaadaptował i zaczyna być sobą w klasie, w szkole.
I od tamtej pory nasze rozmowy skupiały się już bardziej na tym co jest do poprawy…niż na tym, co tak cudownie wyprowadziłam.
I to zaczęła być moja nowa szkolno-domowa rzeczywistość, którą mogę skwitować jednym zdaniem „W domu nie mam takich problemów”…ale to jest temat na inną historię.
Mój błąd polegał na tym, że przez długi czas pomagałam szkole zmieniać szkolną rzeczywistość. Wierzyłam, że tak samo jak ja chcą i potrafią pracować nad zachowaniem nie tylko As-a ale też swoim i całej klasy. Pytałam jak mu idzie, co mogę zrobić. Ale po jakimś czasie słyszałam: to nie działa, trzeba wymyślić coś innego, jest gorzej, on nie współpracuje.
W pewnym momencie miałam wrażenie, że szkoła oczekuje ode mnie, że po takim spotkaniu pójdę do domu, zrobię operację na otwartym mózgu i oddam im na drugi dzień inne dziecko.
Dlatego moja postawa się zmieniła i zamiast dawać, zaczęłam oczekiwać. Zamiast dawać odpowiedzi, zadaję pytania. I patrzę dokąd nas to zaprowadzi.
Teraz pytam nie „jak mu idzie?”, tylko „co widziałaś przed tym, jak wybuchło?”. Nie „czy współpracuje?”, tylko „kiedy przestaje?” albo „co robisz, aby pomóc mu przestać”.
Bo As zawsze ma swój powód. Zawsze. Tylko nie zawsze ktoś ma czas, żeby go szukać.
Co mi w tym pomogło – a co nie
Nie pomogło mi przytakiwanie ani milczenie. Przez pierwsze miesiące szłam na zebrania i słuchałam, i kiwałam głową i pracowałam za dwoje, żeby znaleźć sposoby na pomaganie szkole, bo bałam się, że jeśli powiem za dużo albo będę wymagać, to zostanę odebrana jako mama, która szuka problemów. To był błąd. Im bardziej ja przejmowałam odpowiedzialność, tym bardziej szkoła zakładała, że dostaną rozwiązania. A to szkodziło wszystkim stronom.
Pomogło mi powiedzenie wprost, co wiem z domu i co się może przydać ale zaznaczenie granicy – czego nie mogę zrobić, bo nie stworzę dziecku w domu warunków szkolnych. Dosłownie – lista sygnałów przeciążenia, zapisana i przekazana wychowawczyni. Nie elaborat, nie diagnoza. Krótka kartka: to widać wcześniej, zanim wybuchnie. I prośba, żeby mi pisała, gdy to widzi – nie dopiero po fakcie. Żeby pisała co było przed wybuchem, a nie jakie są skutki.
Pomogło mi też odpuszczenie potrzeby bycia lubianą przez szkołę. To brzmi banalnie, ale dla mnie było przełomem. Przestałam się martwić, czy będę odebrana jako roszczeniowa, a zaczęłam się martwić o to, czy moje dziecko ma w szkole kogoś, kto je widzi, rozumie i umie prowadzić. To jest ważniejsze pytanie.
I jedno, czego nauczyłam się na własnej skórze: dobry start w szkole nie oznacza dobrego roku. Oznacza, że dziecko jeszcze nie jest bezpieczne. Że jeszcze gra. I że prawdziwa współpraca zaczyna się dopiero wtedy, gdy skończy.