Autyzm jest logiczny
O świetlówce, syrence i tym, że za każdym wybuchem jest przyczyna
Autyzm jest logiczny.
To zdanie powinno być wytłoczone na każdym orzeczeniu dziecka w spektrum. Zaraz za imieniem i nazwiskiem, przed jakąkolwiek listą deficytów i trudności.
Bo ono robi coś cudownego. Robi ramę. Na osi akcja–reakcja. Za każdym wybuchem, przekleństwem, płaczem, złośliwością – tak, tak, autyści też bywają złośliwi – jest jakaś przyczyna. Ona nie musi być zrozumiała dla mnie. Ale ona jest logiczna dla Asa.
I to zmienia wszystko.
Dostałam kiedyś uwagę ze szkoły. As wydaje dziwne dźwięki na lekcji.
No super. Znowu pełna informacja. Nie ma co.
Wieczorem siadam z synem i pytam – bo tak u nas zaczyna się każda rozmowa po uwadze, od czegoś lekkiego, żeby nie wchodził od razu w tryb przesłuchania:
– Co tam się działo ciekawego?
– A co wiesz? – odpowiada As, standardowo.
– Słyszałam – mówię z uśmiechem – że się uzewnętrzniałeś na lekcji. Jakimiś specjalnymi dźwiękami.
– Tak. Wyłem jak syrena.
Walczę z uśmiechem. Przegrywam.
– O, ciekawe – mówię. – A jakaż to, synu mój własny osobisty, była tego przyczyna?
Bo praktykuję założenie logiczności autyzmu. Zawsze pytam o przyczynę. Zawsze.
– Przyczyna była taka, królowo matko – odpowiada As – że świetlówka w klasie zaczęła migać. A potem wydawać dźwięki. I nie mogłem tego wytrzymać. Więc próbowałem zagłuszyć.
Aha.
– I co dalej? – pytam.
– Dalej Pan się wkurzył i powiedział, żebym przestał. A jak nie chciałem, to postawił mi uwagę. I przez to mamy tę durną rozmowę.
– No tak – przyznaję. – Rozmowa jest przez uwagę. I bardziej jeszcze przez Twoje zachowanie. Co powiedziałeś Panu na temat świetlówki?
– Nic.
Hmmmm.
– To skąd on miał wiedzieć, że to cię drażni?
– No nie wiem – odpowiada As. – To chyba logiczne.
Szach-mat.
Stoję przez chwilę w tej ciszy i patrzę na syna. On naprawdę w to wierzy. Że to logiczne. Że dorosły człowiek w sali powinien wiedzieć, jak On słyszy migającą świetlówkę.
– No dla ciebie na pewno – mówię spokojnie. – Ale pomyślmy logicznie. Czy Pan wie, jak ty tę świetlówkę słyszysz w swojej głowie?
– No… chyba nie.
– No właśnie. A ty to słyszysz jakby ci w mózgu świdrowało.
– Noooo – mówi dziedzic.
– Przykro mi, że nie mogłeś się skupić.
– Dzięki, mamo.
To „dzięki” jest tak rozbrajające, że przez chwilę nie wiem, co powiedzieć.
Ale idę dalej.
– Co możesz zrobić następnym razem, żeby dać Panu znać o takich rzeczach?
– Nie wiem, mamo. Świetlówka została wymieniona, więc już tego nie będzie.
Słuszna uwaga. Czysto logiczna. Problem rozwiązany, temat zamknięty.
– Ok – mówię. – A może zdarzyć się coś innego, co cię rozdrażni?
– Mamoooo. – I tu pojawia się ten ton. – Długa ta rozmowa jeszcze potrwa? Jestem zmęczony po szkole. Miałem zły dzień. Chcę odpocząć.
I tu mnie tknęło.
Nie to, że jest zmęczony. Nie to, że chce skończyć.
As nie wie, po co są rozmowy.
Siedzę przez chwilę z tym zdaniem.
Przez ile lat rozmawialiśmy? I jakie to były rozmowy?
O pokemonach – bo As chciał. Albo po jakimś zdarzeniu w szkole – bo ja chciałam wyciągnąć wnioski. Rozmowa jako nagroda, kiedy jest o jego tematach. Rozmowa jako kara, kiedy jest o moich.
W którym momencie mojego życia z Asem powiedziałam mu – albo nauczyłam go – do czego służą rozmowy?
Nie powiedziałam. Nie nauczyłam.
Przez lata rozmawiałam z synem, nie tłumacząc mu, po co.
Ale jestem osobą, która jak jest w trudnym miejscu, to nie zatrzymuje się na pięć minut wyrzutów sumienia. Pojawia się inne pytanie: co teraz? Co ja mam sobie z tym zrobić?
Eureka.
Przygotuję mu informację o rodzajach rozmów. Ich cel. Czas trwania. Czego można się po każdej spodziewać. Coś, co dla neurotypowego dziecka jest oczywistością wchłoniętą z powietrza – a co dla Asa musi zostać powiedziane wprost, pokazane i nazwane.
Ale najpierw wróćmy do tamtego wieczoru. Bo jeszcze nie skończyłam.
Widzę, że As jest na granicy. Rozmowa miała trwać pięć minut. Czas nam się kończy, a podsumowania brak.
– Chcesz żeby trwała kolejne pięć minut, czy minutę? – pytam.
– No dobra – mówi już zrezygnowany. – Będę mówił Panu, że chcę wyjść, jak coś mnie będzie drażniło. Ok?
– Ok. Synu – dodaję. – Skup się jeszcze przez chwilę. Chciałabym, żebyś w przyszłości zadbał sam o siebie i powiedział nauczycielowi, zanim „wkurwijek” się rozkręci – że jest coś nie tak i że potrzebujesz wyjść, poskakać, pochodzić albo inną czynność, którą ćwiczymy. Czy to jest dla ciebie ok?
A pytacie co to „wkurwijek”? To temat na inną historię.
– Ok, mamo. Mogę już iść?
– Jeszcze chwila. Powiedz mi, co zapamiętujesz z tej rozmowy.
– A muszę? – już wyraźnie wkurzony.
– Retoryczne – odpowiadam. Bo on rozumie.
– No dobraaaaa. – Z tą miną, którą wszyscy chyba znamy z własnych dzieci. – Następnym razem jak coś mnie wkurzy, powiem Panu co i że potrzebuję wyjść. Ale Pan na pewno się nie zgodzi – dodaje As.
– Ok. To jeszcze raz. Skupiasz się na tym, na co masz wpływ. Twoim zadaniem jest powiedzieć. To czy Pan się zgodzi – na to nie masz wpływu. Ty kończysz się na swoim dużym palcu u nogi. Na siebie tylko masz wpływ. Rozumiesz?
– Taaak, mamo. Możemy już skończyć?
– Jak powiesz, co zapamiętujesz.
– Że mam mówić Panu, jak coś jest nie tak i że chcę wyjść. Mimo że wiem, że Pan się nie zgodzi.
– Synuuuu.
Moja cierpliwość osiąga limity. Ale patrzę na niego i widzę, że on naprawdę powiedział wszystko, co miał powiedzieć. Że to jest jego maksimum na dziś.
– Ok – mówię. – Bardzo ci dziękuję za rozmowę. Za skupienie i za podsumowanie. I przykro mi, że miałeś zły dzień. Chcesz odpocząć w pokoju, czy się pohustać na balkonie?
– Idę do pokoju. Dzięki, mamo. Kocham.
– Kocham – odpowiadam.
I się rozchodzimy.
A ja siadam przy stole i sama siebie pytam: w którym momencie mojego życia z Asem powiedziałam mu albo nauczyłam go, do czego służą rozmowy?
Nasze rozmowy są albo o tematach, które jego interesują, albo po jakimś zdarzeniu w szkole, które – umówmy się – najczęściej związane jest z korektą.
Rozmowa jest dla niego formą kary. Tego się spodziewa.
Co ja narobiłam – pytam siebie i sobie wyrzucam. Ale to trwa pięć minut. Potem pojawia się inne pytanie.
Co teraz?
Eureka. Przygotuję mu informację o rodzajach rozmów, ich celu, długości trwania. I zakomunikuję.
O tym, jak poszła ta rozmowa – poczytajcie w kolejnym wpisie.
Co mi w tym pomogło – a co nie
Nie pomogło mi zakładanie, że As rozumie, po co robimy to, co robimy. Przez długi czas myślałam, że rozmowy są czymś oczywistym – że wie, iż mają mu pomóc, że rozumie ich cel. Nie rozumiał. I to nie jest jego wina. To jest moja lekcja.
Nie pomogło mi też zaczynanie rozmów od zdarzenia. Kiedy pierwszym zdaniem było „słyszałam, że w szkole…”, As od razu wchodził w tryb obronny. Zaczęłam od czegoś luźniejszego, od zainteresowania, od pytania bez wyroku w tle – i to zmieniło klimat całej rozmowy.
Pomogło mi założenie logiczności. To jest naprawdę najprostszy, najskuteczniejszy klucz, jaki mam. Zamiast „dlaczego znowu to zrobił” – „jaka była logika tego, co zrobił”. Te dwa pytania wyglądają podobnie, ale pierwsze szuka winy, a drugie szuka przyczyny. I tylko jedno z nich otwiera rozmowę.
Pomogło mi też kończenie rozmowy podziękowaniem. Brzmi drobno. Ale dla Asa to ważne – że rozmowa ma koniec, że koniec jest dobry, że nie wychodzi z niej z poczuciem, że znowu był problem do rozwiązania. Czasem to jedno zdanie zmienia to, czy za tydzień będzie chciał usiąść przy stole i spróbować znowu.
I jedno, czego nauczyłam się od mojego syna, choć on nigdy tego tak nie powiedział:Logika nie jest zimna. Logika jest uczciwa. A uczciwość jest formą szacunku